Mam mieszane uczucia co do tego spotkania. Owszem, Pani ubrała się w śliczną, kwiecistą sukienkę, upiekła nawet hawajski chlebek, coś w rodzaju naszej chałki, tylko na bazie soku z ananasa, ale ja chyba jestem zbyt wymagająca. Bo czyż piosenka nie powinna być wcześniej nagrana na dysku, zamiast z you tube, który się strasznie zawieszał, a dźwięk powinien być z zewnętrznych głośników a nie z laptopa? Czy na zdjęciach powinnam podziwiać rajską przyrodę, wodę, roślinność, zachody słońca i tubylców, a nie ww Panią kąpiącą się w basenie lub ujęcie wnętrz, w których mieszkała? Może dlatego też nie powinna mnie dziwić tak mała frekwencja, bo poza "ekipą techniczną", to jedynymi słuchaczami byłam ja z moją wesołą trójką (która skutecznie utrudniała opowieści), oraz moja znajoma z jej jedną, usłuchaną córeczką.
Dlatego nie wiem jak mam to podsumować. Generalnie chciałabym krzyknąć "Ludzie, jak już coś robicie dla szerszej publiczności to przyłóżcie się do tego", ale również chciałabym zachęcić, do wspierania wszelkich inicjatyw lokalnych, bo wtedy one będą coraz bardziej profesjonalne i na poziomie.
Szkoda, że nie wyszło, tak jak powinno. I - przy całej niechęci do zniechęcania ;) jednak bym zawołała "precz z bylejactwem!"...
OdpowiedzUsuń